ETAP III - 9 XII 1939 I PÓŹNIEJ
~
Ostatni akt tragedii Grzywna rozegrał się
9 grudnia 1939 roku. Podobnie jak w dniach wcześniejszych Niemcy o świcie otoczyli osiedle i rozpoczęli wypędzanie ludzi z ich mieszkań. Ponownie plac przed barakami stał się punktem zbiorczym, gdzie hitlerowcy formowali mieszkańców w kolumny i odsyłali na dworzec kolejowy. Tam przetrzymywali ich do wieczora, po czym umieścili w wagonach. Pociąg tym razem obrał kurs do Mińska Mazowieckiego.
Przez cały okres grudniowych represji trwał systematyczny rabunek mieszkańców przedmieścia. Większość z nich oczywiście zmagała się z ubóstwem, część miała jednak jakieś zasoby materialne. Niemcy najczęściej dopuszczali się grabieży podczas wydarzeń 1, 2 i 9 grudnia, przychodzili też na Grzywno
z podobnym zamiarem między tymi datami. Raz zorganizowali nawet grupę ludzi, która zrabowane rzeczy pakowała na samochody. Trafiały one następnie do magazynu w jednej ze szkół. Niektórzy ze świadków widzieli cywilów, którzy wchodzili do opuszczanych mieszkań i wynosili z nich rzeczy. Jedni mieli robić to nieukrywaną chciwością, inni mogli zostać do tego wytypowani przez Niemców.
Ostatecznie okupanci opróżnili Grzywno ze wszelkich żywych istot. Wybranych zabili, kolejnych wysiedlili poza Włocławek. Reszta „rozpierzchła się” w lokalnej lub dalszej społeczności. Zakończyła się przyjaźń ludzi i zwierząt, które Niemcy pozabijali. A jeszcze w połowie lat 30. XX wieku miejscowa prasa pisała, że na Grzywnie zwierząt było sporo i mieszkańcy traktowali je z dobrocią.
Hitlerowcy podpalili zabudowania przedmieścia, częściowo robiąc to jeszcze w trakcie wysiedleń
9 grudnia. Jeśli został tam ktoś, kto nie mógł opuścić mieszkania - ranny, chory, niepełnosprawny, leżący - tego pochłonęły płomienie. Kozłowo paliło się przynajmniej kilka dni, aż ogień strawił wszystko, co było możliwe. Następnie na pogorzelisko Niemcy wprowadzili grupy bezrobotnych. Nakazali im rozebrać murowane pozostałości, zasypać doły po fundamentach, wstępnie wyrównać teren. Niektórzy znajdowali zwęglone ludzkie ciała. Okupanci kazali im je zakopywać razem ze zgliszczami budynków, mieli też zarządzać wrzucanie zwłok do studni. Po uporządkowaniu i wyrównaniu terenu, na wiosnę 1940 roku Niemcy wprowadzili na niego ciężki sprzęt. Przeorali nim ziemię, następnie większość obsadzili lasem, zacierając w ten sposób ślady po osiedlu.
Nie zachowały się informacje o tym, aby do dzisiaj ktoś odnalazł resztki ciał na terenie dawnego Grzywna. Tylko w 1950 roku lokalna prasa odnotowała, że podczas robót ziemnych przy bocznicy kolejowej do pobliskiej cegielni robotnicy natrafili na zwłoki mężczyzny. Udało się go zidentyfikować
i ustalić, że okupanci zabili go w grudniu 1939 roku. Nie wiadomo jednak czy miał coś wspólnego
z Kozłowem, ani też gdzie dokładnie robotnicy go odkopali.
Co później działo się z mieszkańcami Grzywna? Część w odpowiednim momencie opuściła przedmieście i zamieszkała gdzie indziej. Nie wiadomo jednak ile osób tak zrobiło. Pozostali pojechali na roboty przymusowe. Jeszcze w listopadzie 1939 roku Niemcy zaplanowali wysiedlenie z Włocławka w najbliższym okresie 3000 Polaków, w dłuższej perspektywie czasowej wszystkich Żydów. Możliwe, że
w przywołanej liczbie największą część miała stanowić właśnie społeczność Kozłowa.
Świadkowie wspominali, że wysiedlenie przebiegało w ciężkich warunkach. Po kilkugodzinnym przetrzymaniu ludzi w magazynach przy rampie kolejowej Niemcy umieszczali ich w wagonach towarowych. Nie było tam żadnych wygód i doskwierało zimno. Wygrali ci, którzy zabrali ze sobą kołdry
i ciepłe ubrania. Brakowało jedzenia i wody. Podróż trwała nad wyraz długo. 250 - 300 kilometrów, które dzielą Włocławek od Kielc, Ostrowca Świętokrzyskiego, Mińska Mazowieckiego pociągi przemierzały kilkadziesiąt godzin. W miejscach docelowych odbywała się dalsza selekcja, w wyniku której wysiedleni trafiali głównie do gospodarstw wiejskich, gdzie czekał ich przymus pracy.
Być może ktoś zdecydował się po wojnie pozostać na miejscu wysiedlenia, szczególnie gdy wiedział, że na Grzywno nie ma po co wracać, bo od 5 lat rósł w jego miejscu las. Część wróciła do Włocławka
i otrzymała mieszkania w upaństwawianym zasobie lokalowym. Ubytek ludności miasta w okresie okupacji niemieckiej był znaczący (około 25 000 osób), pociągnął więc za sobą zwolnienie części mieszkań. Inni wyjeżdżali gdzieś w Polskę i tam zaczynali kolejne etapy życia.
Ci, którzy pozostali we Włocławku po zagładzie Grzywna najczęściej milczeli. Większość ludzi nie przyznawała się do tego, że wcześniej zamieszkiwała osiedle. Społeczeństwo Włocławka zapamiętało je bowiem jako enklawę patologii oraz przestępczości. Większość więc wstydziła się swojej przeszłości,
a o życiu w ubóstwie chciała zapomnieć. Odmienną postawę prezentowały raczej jednostki, głównie identyfikujące z ideologią Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL 1944-1989), poczytujące sobie pochodzenie z biedy za atut, w pewnym okresie chlubiące się przynależnością do przedwojennej Komunistycznej Partii Polski (KPP).
Raczej nikt z tych, którzy przeżyli wojnę, nie otrzymał rekompensaty za doznane krzywdy. Może pojedyncze osoby we własnym zakresie wywalczyły odszkodowania od Republiki Federalnej Niemiec za pracę przymusową, jeśli oczywiście dały radę ją udokumentować. Nie zachowały się informacje o tym, żeby ktoś otrzymał odszkodowanie za zniszczone na Grzywnie domy. Udowodnienie zamieszkania tam w okresie powojennym było trudne, gdyż rejestry mieszkańców z 1939 roku prawdopodobnie zaginęły. Osiedle ponadto nie funkcjonowało na prawach własności, lecz na zasadach tymczasowej dzierżawy gruntu. Władze miasta zakładały, że taki układ kiedyś skończy się, a inwestycje budowlane mieszkańcy realizowali na własne ryzyko.
Niemcy właściwie symbolicznie ponieśli odpowiedzialność za popełnione zbrodnie. Masakra Grzywna przewinęła się zasadniczo w jednym procesie. Oskarżonym był Eilert Hesemeyer (1897-1949), dowódca miejscowych bojówek paramilitarnych Sturmabteilung (SA). W 1939 roku ówczesny burmistrz Włocławka Hans Cramer (1904-1945) „zatrudnił” go do wysiedleń Polaków. W 1948 roku prokurator oskarżył Hesemeyera o dokonywanie zbrodni we Włocławku, w tym o wydanie rozkazu zniszczenia Grzywna, wysiedlenia i eksterminacji jego ludności. Sąd skazał Hesemeyera na karę śmierci, kat pozbawił go życia 1 lutego 1949 roku we Włocławku.
Postępowania procesowe podejmowały również inne organy. Przez kilka lat po zakończeniu wojny sąd we Włocławku rejestrował zgony osób zidentyfikowanych podczas ekshumacji, uznawał również za zmarłe osoby, co do których nie było wątpliwości, że nie żyją, ale nikt nie znalazł ich zwłok. Przy tej okazji świadkowie złożyli pierwsze zeznania o działaniach Niemców na Grzywnie.
W 1971 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy rozpoczęła śledztwo
w sprawie czynów popełnionych przez Niemców w latach 1939-1945 we Włocławku na Żydach
i mieszkańcach Grzywna. Zarzuty formowała m. in. pod adresem okupacyjnego burmistrza Włocławka Hansa Cramera oraz naczelnika wydziału śledczego przedwojennej włocławskiej policji Henryka Wejsisa, w czasie wojny służącego Niemcom pod nazwiskiem Wehse. Śledztwo jeszcze w tym samym roku Komisja zawiesiła, gdyż nie mogła ustalić miejsc pobytu głównych oskarżonych. Jeśli wierzyć aktualnym ustaleniom, Hans Cramer wtedy już nie żył, gdyż zginął w trakcie działań wojennych w okolicach Frankfurtu nad Odrą w 1945 roku. Podobne postępowanie prowadził w latach 2003-2009 roku Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Delegatura w Bydgoszczy. Efekt był identyczny jak w 1971 roku.
Nie wiadomo więc co się stało z częścią hitlerowskich zbrodniarzy, którzy wysiedlali, okradali, zabijali, podpalali mieszkańców Grzywna. Część z nich mogła zmielić wojna. Niewykluczone, że inni przeżyli
i na spokojnej emeryturze doczekali końca swoich dni.
|